|
Caroline Janice Cherryh
Przybysz
. Księga 2 . Rozdział 1 .
Obca gwiazda wisiała wysoko na
niebie, w ostatnich promieniach słońca płynąc wraz z księżycem nad wzgórzami z
piaskowca. Manadgi przykucnął nad dziwnymi, równymi śladami, ciągnącymi się w
glinie nad brzegiem strumienia, i widząc w nich blizny pozostawione przez
maszynę w piaskowcu, zagarnął poły kaftana między kolana i zaczął nasłuchiwać ze
wszystkich kwadrantów nieba, tak pomyślnych, jak i niepomyślnych. Słyszał
jedynie ciche ćwierkanie i cmokanie jakiegoś stworzonka ukrytego gdzieś w
krzakach.
Na niebie pojawiły się inne ruchome gwiazdy - maleńkie
drobiny światła, chaotycznie krążące wokół tej pierwszej. Czasami osoby
obdarzone bardzo bystrym wzrokiem mogły je policzyć, po dwie i trzy drobinki
naraz, lśniące blisko obcej gwiazdy, przed świtem lub przed zmierzchem.
Ich liczba zmieniała się. Łączyły się i rozdzielały. Czy
powinno się zaliczyć do nich obcą gwiazdę, czy też może należało brać pod uwagę
tylko gwiazdy towarzyszące? I od kiedy? Jak można obliczyć, czy ich ruchy są
pomyślne, czy też nie?
Nie potrafili na to odpowiedzieć nawet astronomowie, kiedy
przed stu dwudziestu dwoma laty na niebie zaczęła rosnąć obca gwiazda, gwiazda
początkowo tak słaba, że podobno widziały ją tylko najlepsze oczy - gwiazda,
która wznosiła się i zachodziła wraz z księżycem, towarzysząc mu w odwiecznym
tańcu ze słońcem.
Potem astronomowie wpadli w zakłopotanie, ponieważ mimo
swoich lunet i planetariów wciąż nie potrafili określić, czy owo zjawisko jest
księżycem czy gwiazdą, bo sądząc po jego wyglądzie i zachowaniu, było i jednym,
i drugim, a nie byli pewni jego oddziaływania na inne ciała niebieskie.
Niektórzy uważali, że to dobrze, inni, że źle, a tyle samo pomyślnych wydarzeń
dowodziło racji zwolenników tej pierwszej teorii, ile niepomyślnych zdawało się
potwierdzać słuszność drugiej. Tylko nard' Jadishesi jednoznacznie i słusznie
utrzymywał, że wszystko to zapowiada zmiany.
W końcu jednak do tego zdania przychyliła się większość
astronomów, a gwiazda z każdym rokiem robiła się coraz większa i dobierała sobie
towarzystwo: znajdowała się w stanie ciągłej niestabilności.
Czyż więc można się ośmielić nazwać ją szczęśliwą?
Te ślady, zrobione przez jakąś maszynę, były niewątpliwie
prawdziwe i świadczyły o wielokrotnych wypadach z lądowiska - nawet o zmierzchu,
nawet dla oczu mieszczucha. Tachi, którzy na tych wzgórzach wypasali swe stada i
znali je tak dobrze, jak mieszkaniec miasta swoją ulicę, mówili, że z nieba
spadły maszyny zawieszone na kwiatach, opadając coraz niżej, aż do samej ziemi.
Zatem nawiedzenie rzeczywiście miało początek w chmurach, a
wraz z tymi opadającymi kwiatami przybyły maszyny, które jeździły po okolicy,
wyrywając drzewa i strasząc dzieci Tachi.
Manadgi wątpił w ich pochodzenie z chmur, tak samo, jak
wątpił, że cień rzucany przez jesienny księżyc leczy reumatyzm. Obecnie było
wiadomo, że ziemia krąży wokół słońca, że pochylenie jej osi powoduje zmiany pór
roku. W trwającym wieku rozumu zaczęli pojmować wszystkie te sprawy, a pojmowali
je lepiej od czasu, kiedy astronomowie dworu aijiego zajęli się problemem
krnąbrnej gwiazdy i zamawiali coraz lepsze soczewki.
Księżyc, jak teraz wiedzieli wszyscy posiadający
odpowiednie wykształcenie, był kulą o cechach planety, przemieszczającą się w
eterze, podobnie jak ziemia - był to jakby ich mniejszy kuzyn, odmierzający swe
lata według ziemi, tak jak ziemia mierzyła upływ swego czasu według słońca.
Tak więc spadanie maszyn z nieba było rzeczą zdumiewającą,
lecz nie niewiarygodną. Przyjrzawszy się tym budzącym grozę śladom, jakich nie
mógł zrobić w glinie żaden rolniczy wóz, z łatwością można było dopuścić myśl o
osobach żyjących na księżycu. Wyobrazić sobie, jak spadają na ziemię na
wielkich, białych płatkach czy na żaglach z materiału, co Manadgi miał nadzieję
zobaczyć jutro na własne oczy, ponieważ księżyc, najbardziej prawdopodobne
źródło gości, był w pełni.
A drugim źródłem żagli - kwiatów mogła być ta ruchoma
gwiazda, której uporczywa odmienność przemawiała za tym, że ma ona coś wspólnego
z pojawieniem się maszyn, ponieważ sama niedawno zjawiła się na niebie i w ciągu
ostatnich czterdziestu lat wzbogaciła się o mnóstwo jakby ruchomych księżyców,
będących zaledwie iskierkami.
Ale, pomyślał Manadgi, te iskierki mogą urosnąć albo
przybliżyć się do ziemi i rozprawić się z jej mieszkańcami.
Może księżycowe osoby przyprowadziły tę obcą gwiazdę na jej
obecne miejsce, żeglując na stworzonym przez siebie świecie poprzez wiatry
eteru, tak jak statki pływające po oceanach wykorzystują ziemskie wiatry.
Jak dotąd, wydawało się, że nie ma związku między wyglądem
gwiazdy czy fazami księżyca i opadaniem żagli - kwiatów.
Można się jednak było
zastanawiać nad prowadzeniem zapisów przez Tachi i nad ich rozumieniem sytuacji,
skoro jako prości pasterze upierali się przy kwiatach, zamiast uznać te twory za
zwykłe płócienne żagle i mimo wyraźnych dowodów na spadanie osób z chmur znosili
to zjawisko przez ćwierć roku, dumając nad tym, co robić. Dopiero teraz, kiedy
maszyny zadomowiły się na dobre i wszędzie siały zniszczenie, aiji Tachi zażądał
od aijiego Patronatu Mospheirańskiego natychmiastowego i stanowczego działania,
zmierzającego do powstrzymania tej dewastacji zachodnich ziem Tachi i straszenia
ich dzieci.
Manadgi wstał, otrzepał ręce i w dogasającym blasku dnia
znalazł płaski kamień, dzięki któremu mógł przejść przez strumień suchą nogą.
Była to płyta z piaskowca, którą maszyna na kołach odłupała z brzegu, wspinając
się pod górę. Zostawiła za sobą dziwny ślad: wzór jej kół stale się powtarzał, z
powodu ciężaru pojazdu koleiny wyżłobione w wilgotnym gruncie były głębokie.
Maszyna wcale nie utknęła, co dowodziło mocy jej silnika - lecz nic w tym
dziwnego: skoro księżycowe osoby potrafiły chwytać wiatry eteru i spuszczać się
na ziemię na olbrzymich żaglach, to były potężnymi inżynierami. Można było
podejrzewać, że okażą się potężne i pod innymi względami.
Nie miał najmniejszych trudności z podążaniem śladem
maszyny - trasę jej przejazdu znaczyły wyrwane drzewa i zabłocona trawa. Robiło
się coraz ciemniej i Manadgi miał tylko nadzieję, że księżycowe osoby nie znajdą
go w mroku, zanim on je znajdzie i określi charakter oraz zasięg ich działań.
Niedaleko, powiedział aiji Tachi. Pośrodku doliny, za
kamieniem babki.
Kiedy dotarł do kamienia, prawie go nie poznał. Leżał na
boku.
To smutne. Można się było jednak domyśleć, widząc powalone
drzewa i zniszczone koryto strumienia, który płynął w dole, że księżycowe osoby
są bezwzględne i nie boją się osądu swoich czynów albo po prostu nie zdają sobie
sprawy, że Tachi są cywilizowani i należy się im szacunek.
Chciał się przynajmniej dowiedzieć, jaką siłą dysponują
obcy albo czy można sobie z nimi jakoś dać radę. Ta kwestia stała przed
wszystkimi innymi pytaniami, takimi jak: skąd przybyli albo czym może być ta
niestała gwiazda i co to oznacza?
Manadgi miał nadzieję tego wszystkiego się dowiedzieć.
Do
czasu, kiedy idąc wyrytym w ziemi, gliniastym śladem maszyny na kołach, wszedł
na następne wzniesienie i zobaczył w zapadającym zmierzchu ogromne budynki. Były
białe, kwadratowe i zupełnie pozbawione ozdób.
Przysiadł na piętach. Tylko w ten sposób można było się
ukryć na pustkowiu, jakie stworzyły księżycowe osoby na tej nagiej ziemi,
pozbawionej życia, jednostajnej, ciągnącej się przez całą szerokość doliny wokół
zimnych, kwadratowych budynków, pomalowanych na kolor śmierci i niepomyślnie
usytuowanych względem wzgórz. Manadgi uniósł do ust dłonie, by je ogrzać,
ponieważ zachód słońca przynosił ochłodzenie powietrza.
A może zrobiło mu się zimno dlatego, że nagle poczuł się
przygnieciony tą obcością i zwątpił, czy potrafi wkroczyć do miejsca, które było
tak złowieszczo pomalowane i zaprojektowane tak jawnie, a może i wyzywająco, w
niezgodzie z ziemią - zaczął się bać tego, co mogło się okazać celem osób, które
spadły na Ziemię na żaglach jak płatki kwiatów.
następny |
|